Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 2 kwietnia 2019

353.HORROR NAD HORRORAMI

                        KULIGÓW 2019.03.31.                                     Gdzieś tak koło czwartku, z samego rańca, pocztą pantoflową, rozchodzi się wieść, że Kolega Dawid, wypatrzył na łąkach przy Bugu w Kuligowie, dorodnego IBISA KASZTANOWATEGO. To już nie pierwsza taka wizyta  w tym miejscu, przedstawiciela tego gatunku. Tylko, że poprzednie trwały bardzo krótko i niewielu osobom poszczęściło się, aby go zobaczyć. Więc nowinę przyjąłem dosyć spokojnie. I gdyby nie wizyta u specjalisty, na którą czekałem pół roku, następnego dnia wybrał bym się tam, ot tak dla przyzwoitości. O dziwo, następnego dnia, z PGL-a przychodzą SMS-y o dalszych obserwacjach Ibisa. Clanga też potwierdza doniesienia. No to teraz się zdenerwowałem. Przy dobrych układach, mogłem go mieć. Raz już jeździłem za takim, gdzieś pod Wiślicę, bezskutecznie. A teraz siedzi rozpustnik, jak ropucha w błocie, tuż pod moim bokiem i na pewno ponuro, chichoce ze mnie. Na sobotę, byłem już od dawna umówiony z dobrym Kumplem na wyprawę, aby przetestować jego nowy sprzęt. No to znakiem tego, Ibis znowu nie jest mi pisany. Wróciłem wieczorem do domu, nieźle zmęczony. Pierwsze co zrobiłem, to poprzesuwałem wszystkie zegary i zegarki o godzinę do przodu. A potem se powiedziałem: Nie będę się mordował, wstanę rano, to dobrze. Może  dam radę pojechać. Nie wstanę, tyż dobrze. Co ma być to będzie. Na wszelakij słuczaj, przesiedziałem godzinę przy kompie, aby znaleźć jakieś infy, o możliwości dojazdu do Kuligowa w niedzielę. Jak się okazało, jeśli chodzi o ten temat, to w internecie była kosmiczna próżnia.  Ze strony Urzędu Miasta w Radzyminie, ściągnąłem rozkład jazdy w PDF-ie, gdzie zapewniano mnie, że będę miał autobus o 8,50. Dobra, pożyjemy zobaczymy. No i proszę ja Was, zerwałem się z łoża punkt  6-ta. Duża kawa, błyskawiczne pakowanie się i w drogę. O 7,30 jestem pod Wileńszczakiem. Na słupkach przystankowych, od cholery kartek i karteczek, z których nic nie wynika. Tradycyjnie już,  po 5 minutach dręczy mnie ciężka wścieklica. Na wszystkich trzech słupkach  przystankowych, wiszą wyraźnie informację- w jez. polskim - ZAKAZ PALENIA, STREFA  BEZDYMNA. A ja oczywiście tonę w ogromnej chmurze, cudzego smrodu. Siedzę i ładuję się powoli negatywną energią. Czekam i czekam, a żadnego autobusu nie ma. W ogóle autobusów, podjeżdża bardzo mało. Zaczynam się zastanawiać, czy nie machnąć na to wszystko ręką i nie wracać do domu. I wtedy przeznaczenie, chwyta mój los w swoje łapska. Podjeżdża jakiś samochód, a z niego wysiada miła Pani. Zaczyna wszystkich rozpytywać o autobus do Kuligowa. Mówię, że miał już być co najmniej jeden, ale go nie było. Podchodzi do kierowcy, stojącego obok autobusu o imieniu "W" . Pan kierowiec mówi, że o wiele on cuś wie, to wszystkie niedzielne połączenia do Kuligowa, zostały zlikwidowane. Patrzę jak nieszczęsna kobieta, wraca do samochodu i zaczyna przekonywać męża, że powinien ją zawieźć na działkę. Gdzieś pod Kuligów. Od razu obudziła się we mnie czujność. Truchcikiem zasuwam do samochodu i z miejsca zaczynam tłumaczyć kierowcy- Panie nie bądź Pan żyła. Pana żona w potrzebie, a Pan się nad nią nie ulitujesz. Dopłacę do tego interesu, aby ja Pan tylko podwiózł- i mnie przy okazji tyż. No i pojechalim. Do Sokołówka pod Kuligowem. Ale to już dużo bliżej i miałem jakoś doczłapać. Rozgrzany emocjami, od razu po wejściu do samochodu, zacząłem nawijać o całej historyji. Na początku, myśleli, że chodzi mi o jakiś hotel IBIS. Potem dotarł do nich sens, mojej egzaltacji. Tak się tym przejęli, że podwieźli mnie pod sam wał przeciwpowodziowy w Kuligowie. A tam kłębił się już tłum, podobnych mi fanatyków. W polowych ciuchach, z wypasionym sprzęciorem. Normalnie FULL WYPAS. I wtedy chiba dopiero, przekonali się, że jestem w miarę normalny. Kochani Ludzie, nie chcieli za tę swoja udrękę, nawet złamanego grosza. Chwała im i wielkie dzięki, że poratowali mnie w tej ogromnej potrzebie.                                                                                                           Łapię manele i biegusiem ładuję się na wał. Krzyczę ogólnie-Witam, później się z Wami przywitam i patrzę przed siebie. Od razu skubańca zobaczyłem. Siedział niedaleko, na wprost mnie. Wyciągam z torby aparat i odwracam się. Widzę tylko majestatycznie i dostojnie, wachlujące skrzydła. No i znowu moja czarna rozpacz. Pytam ludzi- Odleciał już, czy gdzieś tam usiadł ???. Usiadł, usiadł, ale tam daleko, za takim pagórkiem. Zbieram manele i zaczynam dymać, na podany mi namiar. Zostawiłem cały tłum za sobą. Byłem w takim szoku, że pamiętam tylko dwie osoby, Koleżankę i Kolegę, których zobaczyłem od razu po wyjściu z samochodu.Reszta to totalny chaos informacyjny i bezkształtna masa, bez żadnych szczegółów. Wylazłem na łąki i już spokojnie, posuwałem się w stronę domniemanego miejsca, obecnego popasu IBISA. W końcu zobaczyłem go, gdzieś daleko przede mną. No i tradycyjnie, jak zawsze w takich sytuacjach, parę zdjęć i parę kroków do przodu.  Byłem już dosyć blisko niego, gdy znowu się zerwał i podleciał dalej, w stronę Popowa Kościelnego. Poczłapałem za nim dalej. Teraz już spokojnie i bez pospiechu. W końcu stanęliśmy naprzeciw siebie, po obu stronach rozlewiska. Dzieliło nas może 40 metrów, trzciny i szuwarów. Ale to było jak lizanie tortu, przez szybę. wystawy. Uganiałem się za nim, blisko dwie godziny pod palącym Słońcem. Grunt był już bardzo mocno nagrzany i powietrze mocno falowało. W takich warunkach nie ma co marzyc o ostrych zdjęciach. Ale zrobiłem ich ponad 500. Niestety ilość nie przeszła w jakość. Wreszcie mam już dosyć. Wracam powoli. Na przeciw, mnie wychodzą dwie miłe Panie. Poprzednio ominąłem je pełen wrogich myśli. No i dobrze, że przytrzymałem mordę zatrzaśniętą na cicho, bo za chwilę usłyszałem-Pozdrawiamy i witamy STREFĘ 33. o żesz ty. Jak to dobrze, że tym razem byłem grzeczny, a raczej nie byłem niegrzeczny. Okazały się, że są to dwie zaprzyjaźnione Panie-"GRONO PRZYJACIÓŁ" z FACE PLOCIUCHA. Często się "lajkujemy" i piszemy do się przeróżne komentarze (miłe !!). No i od razu zaczęliśmy przeżywać na gorąco, przeżyte niedawno momenty. Nie będę ukrywał, że to było fantastyczne spotkanie. Uwielbiam łączyć zapamiętane twarze różnych Ludzi, z ich internetowymi ksywkami. Dochodzimy nieustannie gadając do wału, a raczej miejsca, gdzie się wszystko zaczęło. Rozmawiam z miejscowa kobietą. Pytam, czy może coś wie o możliwościach dostania się do  W-wy. No niestety, był niedawno jakiś późno wieczorny autobus, ale chiba go już zlikwidowali. No i wtedy los znowu się nade mną ulitował. Moje świeżo poznane Towarzycho, wybierało się jeszce poszaleć nad Zalewem. Kochani i wspaniali, zgodzili się podrzucić mnie do Zegrza Płd. na pętlę autobusu 735. I tak dotarłem do domu, gdzieś przed 15-tą, tak nabuzowany testosteronem, że trzęsłem się jak galareta. 

    Wniosek jest z tej opowieści jeden. Ten ptak był mi przeznaczony i przeznaczenie pomagało mi po drodze, jak tylko mogło, abym dotarł na miejsce i dopadł swoja ofiarę. A gdy przeznaczenie się spełniło, ibis wieczorem odleciał i jak wiem, nikt go już więcej nie widział.

JESZCZE RAZ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ, WSZYSTKIM ŻYCZLIWYM, NAPOTKANYM PO DRODZE LUDZIOM, ŻE POMAGALI MI BEZINTERESOWNIE, SPEŁNIĆ MOJE PRZEZNACZENIE!!!

TAKI WIDOK ZOBACZYŁEM PO DOTARCIU NA MIEJSCE. NIE ZDĄŻYŁEM MU NAWET NASYPAĆ SOLI NA OGON


PIERWSZE ZDJĘCIA NA ASTRONOMICZNYCH ODLEGŁOŚCIACH


JAKIEŚ "ZOŁZY" PRZESZKADZACZKI


PLEGADIS FALCINELLUS



CO JAKIŚ CZAS PRZELATYWAŁ KAWAŁEK DALEJ, A JA GO CIERPLIWIE "PRZEŚLADOWAŁEM "









OT I W KOŃCU, NASZE DROGI SIĘ ROZESZŁY


BYŁO TAM PO PRZERÓŻNYCH ZAKAMARACH, PEŁNO WSZELAKIEGO DOBRA,
ALE NIE CHCIAŁEM SIĘ ROZPRASZAĆ-RYCYK

BATONY



UPOLOWANY MYŚLIWY


PRUSZKÓW SPOTKAŁ SIĘ Z WARSZAWĄ, W KULIGOWIE


A NA SAM KONIEC, NAD NASZYMI GŁOWAMI, PRZELECIAŁ MAJESTATYCZNIE BIELAS.
JAK BY WCIELIŁ SIĘ W NIEGO, JAKIŚ OPIEKUŃCZY DUCH, MATKI NATURY I CHCIAŁ NAS POBŁOGOSŁAWIĆ NA POŻEGNANIE



                                                                                                           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz