Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 22 sierpnia 2017

307.CIEMNO,STRASZNO I PONURO

DOLINA SŁUDWII I  PRZYSOWY-2017.08.20.

             Wielu z Was Przyjaciele,zna na pewno tę chorobę."UZALEŻNIENIE TERENOWE". Jak się siedzi za długo w domu, to zaczyna człeka nosić i nie może se znaleźć w domu miejsca. Strasznie by gdzieś pojechał. Byle gdzie, byle jak, byle na pewno. Tak właśnie było ostatnio ze mną. Zupełnie, jak by na głodzie narkotykowym. A le pora toku jest taka, że jeździ się teraz rzadziej. I tak właśnie, od dłuższego czasu, umawiałem się z Kolega Michałem, że musimy jeszcze raz wyskoczyć za Łowicz. Popatrzeć na młode błotniaki łąkowe, zanim ślicznotki nas pożegnają. Niestety, Koledze ciągle coś wypadało i wymarzony wypad, opóźniał się. Ostatecznie padło na dzisiejszą niedzielę. Postanowiliśmy, że jedziemy, cokolwiek by się działo. A działo się niestety, baaardzo źle !!!. Aura, pragnąc ukarać nas za długi okres ładnej pogody, zesłała na nas ostatnimi czasami, przeróżne burze i nawałnice, nie wspominając o różnych urwanych chmurach. I właśnie na czas naszego wypadu, prognozje meteo,wymyślały straszne rzeczy. Parę witryn internetowych, dawało jednak nadzieję, że w rejonie , do którego się udawaliśmy, nie będzie tak strasznie. Wyjazd przewidziany na 4-rano. Jak tylko wstałem, to od razu biegusiem do okna i kikuję co na dworze. Miało w Warszawie lać jak cholera, a tu o dziwo sucho. Fakt ten napełnił mnie otuchą i nadzieją, co do najbliższych godzin. Dojeżdżamy do Łowicza, ciągle jest sucho.Szarzejące na wschodzie niebo, ukazuje grubą i niską warstwę chmur. Jak tego było mało, z pól podnosi się leniwie, gęsty tuman mgieł. Gdy dojeżdżamy do Złakowa, otacza nas ciemny i zamglony półmrok. O robieniu zdjęć nie ma mowy. Cieszy nas widok, leniwie snujących się n ad polami, sylwetek drapoli. Wyprzedzając nieco temat, powiem, że widzieliśmy w tych mrocznych godzinach, przelatujące niedaleko nas, trzy samce błotniaka łąkowego. Napełniło mnie to ogromnymi nadziejami, co do nadchodzącej przyszłości. Na razie udaliśmy się dalej, aby odwiedzić, znane nam miejscówki z pójdźkami. Jako, że przyjeżdżamy tu już parę latek, miejscówek tych nazbierało się już całkiem sporo. Na pierwszej, już z daleka widać "korek" sterczący z komina. Nie możemy się nią nacieszyć długo. Zatrzymujący się samochód, od razu ją płoszy. Jedziemy na druga miejscówkę. Michał jej nie lubi, bo wokół obejścia, lata zawsze stado agresywnych psów. Tak się dzieje i teraz. Ja jednak chce wypróbować na własnej skórze, czy to takie straszne zołzy. Kocham wszystkie psiaki i wiem dobrze , że doskonale wyczuwają ludzkie emocje. Jeżeli poczują u ciebie strach, to już z miejsca jesteś przegrany. Wysiadłem i spokojnie ruszyłem w ich stronę, mizdrząc się do nich,  jak stara dziwka. Zrobiły zwrot w tył. Po jakimś czasie, najmniejszy z nich, okazał się najbardziej odważny. Powoli zbliżył się i pozwolić dotknąć się. Jest takie miejsce, między przednimi łapami, ze jak się tam piesę drapnie, to zaczyna mu latać tylna łapa,jak by go zaatakowało, stado wściekłych pcheł.Znalazłem to miejsce i burek zaraz był mój. To ośmieliło i te większe. Po chwili byłem otoczony, przez grono przyjaciół. Gdy psiorki zostały zneutralizowane, zaraz pokazał się i ich paniulek. Tego nie zamierzałem nigdzie drapać. Przywitałem się i przeprosiłem, że mu tak z samego rańca,  szwędamy się po włościach. Potoczyła się miła rozmowa. Gdy zeszliśmy na temat sów, facet nas znokautował. A tak, ,jest u niego sowa, ale ma teraz cztery młode i całe stado przesiaduje w okienku z tyłu stodoły- O tam !!!. W tej chwili przypomniałem sobie, po co tu przyjechaliśmy. I faktycznie, jak tylko tu się zjawiliśmy, jedna zołza siedziała na kominie. Ale późniejszy rejwach z psiarnią spłoszył ją. Okienko też było puste.  Ale wiedza, jaka zdobyliśmy o tym miejscu, była bezcenna. Pojechaliśmy na następne miejscówki, ale teraz już dużo ostrożniej. Jakieś tam "dokumentacyjne" foty, żeśmy wymęczyli.Jeździmy już dłuższy czas, a tu aura, nie ma ochoty, co by nam dogodzić. Dalej ciemno i ponuro. Mgła lekko odpuściła, ale ciągle jest wyraźnie widoczna i przeszkadzająca. Poranne przeloty drapoli, które mnie dały tyle nadziei, zupełnie ustały. Jadąc powoli widzieliśmy je od czasu do czasu, pod postacią ciemnych kleksów na polach lub drzewach. Były jednak daleko, a widok zwalniającego samochodu, skutecznie je płoszył.. Ciekawym wydarzeniem, był widok stada, ok. 10 czarnych bocianów. Pasły się kolo znanego bywalcom "betonowego mostka". Za zmarnowanie tej okazji, należy się nam duży op-er.Jechaliśmy polna drogą, wprost na widoczne przed nami stado dużych ptaków. Zbagatelizowaliśmy je, bo myśleliśmy, że to stado żurawi. Zachlapane błotem szyby, też nie pomogły. Dopiero, gdy zerwały się przed nami, zobaczyliśmy jaka okazję zmarnowaliśmy. Kilka z nich usiadło dalej. Spróbowałem się do nich podkraść. Szczególnie jeden, siedzący na drzewie, aż się prosił, aby go dorwać. Doturlałem się do niego, całkiem blisko. Pewnie podpuścił by mnie jeszcze bliżej,. gdyby nie dwa inne, będące bliżej mnie, a których nie widziałem. Potem już szanowaliśmy widoczne daleko ptaki. Dlatego też,udało nam się powolutku i delikatnie, podjechać do rodziny żurawi. Przedni widok. Staliśmy tam i gapiliśmy się na nie. Nie wytrzymały w końcu ciężaru naszego wzroku i zaczęły drzeć mordy na całego. Darły się i darły, aż młody nie wytrzymał i zerwał się lotu. Wtedy dopiero i one ruszyły za nim, osłaniając tyły.                                                                                                                                A my tułaliśmy się dalej, w tej mgle i cholernej szarudze, jak zagubione statki,nie mogące dotrzeć do bezpiecznej przystani. Zajrzeliśmy jeszcze na staw "Okręt". Droga do niego wiedzie przez rozległe pola, nad którymi wielokrotnie widzieliśmy, atrakcyjne drapole. Tym razem przytrafił się nam "tylko" samiec błotniaka stawowego. A że był blisko, to chwała mu za to. Na "Okręcie" pełno ptactwa wodnego. Ale wszystkie daleko i trudno widoczne we mgle. Musze dać znać znajomym luneciarzom. Toż to dla nich raj. My mieliśmy 5 minut szczęścia. Gdy staliśmy na brzegu, tuż przed naszym nosem, zaczęło żerować stadko młodych wąsatek. To była nagroda za cały dzień smętku. Aż strach pomyśleć, co byśmy z nimi zrobili, gdyby było Słońce. Nadchodzi w końcu nieuchronna chwila, gdy padają najbardziej znienawidzone słowa-no to jedziemy do domu.  Pakujemy sprzęt i ostro ruszamy na Warszawę. Za chwilę zaczyna padać gęsty deszcz i już nie wyłącza się, nawet na chwilę


JUŻ Z DALEKA WIDAĆ NASZ KOCHANY KOREK

PODJECHALIŚMY ZA BLISKO,BO NIE WYTRZYMAŁA I PRZESIADŁA SIĘ NA SĄSIEDNIA STODOŁĘ

ATHENE NOCTUA

J.W

WYJECHALIŚMY ZZA DRZEW PESTO NA KOZIOŁKA

MOMENT I SIĘ SPIETRAŁ

UZIEMIONA BLONDYNA

HAJSTRA-CICONIA NIGRA

A BYŁEM JUŻ TAK BLISKO

MÓGŁ JESZCZE KAPKĘ POCZEKAĆ

CIRCUS AEROGINOSUS-PRZELECIAŁ TUZ PRZED NAMI I ZARAZ ZA DROGĄ, ZAUWAŻYŁ COŚ CIEKAWEGO NA POLU KUKURYDZY
ZACZĄŁ KRĄŻYĆ I OBSERWOWAĆ CZUJNIE TO MIEJSCE

PÓŹNIEJ ZDECYDOWAŁ SIĘ NA ATAK

A TO WSZYSTKO,PRAWIE POD NASZYM NOSEM

JEŻELI TO NIE ATRAPA,TP PRAWDZIWY BIELIK.TYŻ UZIEMIONY

MŁODY ŻURAW.OD STARYCH, RÓŻNI SIĘ NA PIERWSZY RZUT OKA,NIEUBARWIONĄ GŁOWĄ


J.W

GRUS GRUS-ŻYCIE RODZINNE  ŻURAWI







NAD WODĄ LATAŁO, JAKIEŚ TAKIEŚ OGROMNE PTASZYSKO .OD RAZU ZWRÓCIŁO NA SIEBIE,MOJA SZCZEGÓLNA UWAGĘ.MEWA BIAŁOGŁOWA-TEGOROCZNA.ALEŻ WIELKA KOBYŁA.
KOJARZY MI SIĘ Z ORZEŁKAMI,JAKIE KIEDYŚ BYŁY NA CZAPKACH,
LUDOWEGO WOJSKA POLSKIEGO

MŁODE DYMÓWKI-HIRUNDO RUSTICA

SZYKUJĄ SIĘ JUŻ DO ODLOTU

TEGOROCZNY SAMCZYK WĄSATKI-PANURUS BIARMICUS

J.W

J.W

środa, 16 sierpnia 2017

306.ŚWINTUSZĄC NA ŻERANIU

      ŻERAŃ-GOLĘDZINÓW 2017.08.14.

          Mój  Kolega Tomasz,kiedyś kompan od ptaszenia, a obecnie etatowy moczykij, zapodał mi bardzo ciekawe miejsce. Otóż między elektrociepłownią Żerańską, a Wisłą, jest duży zbiornik na wodę. Kiedyś elektrociepłownia pobierała stąd zimna wodę, do chłodzenie turbin. Teraz jest prawie wyschnięty. Być może dlatego, że zaczęto tam używać wodę w obiegu zamkniętym. Tomuś opowiedział mi, że jest tam pełno rozkosznego błotka, z którego dobiegają, wielce interesujące ptasie głosy. Od razu zapałałem wielką chęcią, aby sprawdzić, cóż się tam ciekawego dzieje.          O swoich planach poinformowałem Towarzyszkę wielu wypraw-Elizę. Zaowocowało to tym, że tą również odbyliśmy razem. Korzystałem z pierwszych tramwai i autobusów, ale i tak na początku trasy, czyli na ulicy Zarzecznej, znaleźliśmy się dopiero o 6 rano. Ponieważ był to poniedziałek, miałem nadzieję, że będziemy mieli po drodze względny spokój. Zapomniałem o tym, że to jest po niedzielny, a przedświąteczny dzień. W efekcie, musieliśmy być bardzo czujni, aby nam ktoś z tłumu rowerzystów, nie zrobił garażu na plecach. Ci bowiem uważają, że takie miejsce, należy wyłącznie dla nich i każdy z nich, miał za punkt honoru, aby zasuwać tu jak najszybciej.                                        Basen zimnej wody, prezentował się faktycznie bardzo obiecująco. Mało wody, dużo błota. Niestety mocno zarośniętego zielskiem. A i owszem, było tam sporo ptaków, ale były to niestety same mewy śmieszki i jedna białogłowa. Mieliśmy obydwoje lunety, więc dokładnie spenetrowaliśmy teren. Niestety, pierwsze wrażenie potwierdziło się. Przed nami nie było nic siewkowatego. Rozczarowani, wolno posuwaliśmy się w kierunku Wisły. Wtedy kątem oka zobaczyłem jakiś ruch. Na środku zbiornika, była sztuczna wyspa lęgowa. W pobliżu niej, żerowało spore stadko dzików. Dwie dorosłe lochy i sporo warchlaków w różnym wieku. Żerowały spokojnie, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje na brzegu. Jak ja długo czekałem na takie spotkanie. Oczywiście musiało mi coś stanąć w poprzek. Dziki były dokładnie między mną, a wschodzącym Słońcem. Ale tym , miałem się dopiero martwic potem. Teraz aparat pracował na całego.Po kilku minutach, wlazły w jakąś kępę krzaków i na razie straciliśmy je z oczu. Ruszyliśmy dalej i  za moment doszliśmy do superbajerowskiej kładki. Się podobująca i wielce przydatna w tym miejscu. Jak na nią wleźliśmy, to i zostaliśmy na niej przez długi czas. Po pierwsze, rozciągał się z niej bardzo fajnisty widok. Po drugie, widziane niedawno dziki, wylazły z krzaczorów i przechodziły pod nami. Ileż to ja czasu marzyłem o takim spotkaniu. Spędziliśmy tu chiba z godzinę. Trzeba było ładnie obcykać dzikie świntuchy, przejrzeć wszystkie brzegi i wydmy, napaść się fantastycznymi widokami. Była akuratnie "ZŁOTA GODZINA"  i świat wyglądał piękniej, niż był w rzeczywistości. Syci wrażeń, ruszyliśmy powoli w stronę mostu Gota-Roweckiego. Po drodze czekało nas Deja Vu. Mijaliśmy "wioskę" bezdomnych.  Wiele lat temu, dokładnie po przeciwnej stronie Wisły, było podobne koczowisko Cyganów rumuńskich. Minęliśmy most i powoli poczłapaliśmy w stronę Golędzinowa. Jak wypadało na tę porę roku, ptasiąt było bardzo niewiele. Po raz kolejny, nie udało mi się zobaczyć nad Wisłą, jakiegoś "warszawskiego" bielika. No i w końcu doszliśmy do miejsca, które jak na Wisłę, jest całkiem niesamowite i bardzo obiecujące. Normalnie porohy !!. A do tego jeszcze niska woda, więc było je widać w pełnej okazałości. Można tu zobaczyć super ptasiory. Bywają tu na ten przykład o tej porze, kuliki wielkie. Były rok temu, były i w tym. My zobaczyliśmy tylko krwawodzioba, parę łęczaków i sporo piskliwców. Miałem nadzieję, że zobaczę, będącą tu często mewę romańską. Niestety, żadnych dużych mew nie było. Same śmieszki. Chiba trzeba poczekać jeszcze, ze dwa miesiące. Znowu zakotwiczyliśmy na dłużej. Przepatrzenie tak wielkiego i urozmaiconego terenu, wymagało sporo czasu. Niestety, żadnych aj wajów nie było. Doczłapaliśmy do mostu Gdańskiego i pożegnaliśmy się.Było mi trochę smutno, bo miejsce to bardzo często odwiedzałem, na początku lat sześćdziesiątych, ubiegłego wieku. A  i potem wpadałem tu od czasu do czasu. Kiedyś miejsce to  kipiało życiem, potem wycięto las łęgowy i zarośla. Zrobiono pole golfowe. Wielkie, ale puste. I to by było na tyle.

SZTUCZNA WYSPA LĘGOWA


DZICY LOKATORZY
















UJĘCIE ZIMNEJ WODY

ZBIORNIK ZIMNEJ WODY I SZTUCZNA WYSPA LĘGOWA

WLOT KANAŁU ŻERAŃSKIEGO.CHOLERNIE PŁYTKO.NIE WIEM JAK TEDY STATKI SPACEROWE PRZEPŁYWAJĄ NA ZALEW

CENTRALNIE ŚLUZA ŻERAŃSKA

ZIMNY ZBIORNIK


POD STOPAMI PRZEPŁYNĄŁ BÓBR,MOGŁEM MU NASYPAĆ SOLI NA OGON

"WIOSKA" BEZDOMNYCH




GOLĘDZINOWSKIE POROHY


TEN BRODZIEC LUBI WISŁĘ-PISKLIWIEC

ODWAGA,CZY GŁUPOTA.W GUMOWYCH GATKACH, JAK BY CO, TO NAWET BY NIE POPŁYWAŁ

O TEJ PORZE TOKU NIE LUBIĘ KACZEK. WSZYSTKIE JEDNAKIE

TĘ KRZYŻÓWKĘ OGLĄDAŁEM BARDZO DŁUGO.ZNALAZŁA NA BYSTRZY, JAKIŚ KAMIEŃ.SIEDZIAŁA NA NIM NIERUCHOMO Z  GŁOWĄ W WODZIE, JAK ALASKAŃSKI GRIZLI, CZEKAJĄCY AŻ MU W PYSK WPADNIE ŁOSOŚ. NIE WIDAĆ BYŁO, ABY COŚ ZBIERAŁA ZE DNA, BO STAŁA NIERUCHOMO. WYNURZAŁA TYLKO OD CZASU GŁOWĘ, ABY ZŁAPAĆ ODDECH



TRZEBA BYŁO DOBRZE WYTĘŻYĆ WZROK,ABY W STOSACH ŚMIECI I KAMIENI, WYPATRZYĆ CZAPLE. JEST ICH TU DUŻO, ALE SAME SIWE

TA NIE MGLEJE, TYLKO MUSIAŁA PRZYFILOWAĆ RYBĘ I TERAZ KIKUJE NA NIĄ JEDNYM OKIEM

BARDZO FAJNA TRASKA. OK 6 KM ŁATWYM BRZEGIEM, OBFITUJĄCYM W ATRAKCYJNE WIDOKI